28Lipiec2008
W Dali nareszcie przytrafiło sie nam to o czym marzyliśmy od dawna. Lenistwo. Ach.
Po ostatnich przygodach w przeludnionym Fenghuang, gdzie cudem uniknęliśmy zadeptania przez chińskich turystów, z dusza na ramieniu wysiadaliśmy na głównej ulicy w Dali. Niespodzianki bywają tez mile, nawet w Chinach. Położone u stop gór i nad jeziorem Dali, choć bardzo popularne wśród „swoich” i zagranicznych turystów potrafi oczarować i zachęca do zatrzymania zegarków.
Postanowiliśmy się specjalnie nie opierać ogarniającej nas błogiej atmosferze. Pyszne i późne śniadania z gazeta, bezsensowne dłubanie w internecie, tanie, podrabiane światowe premiery filmowe na wypożyczonym z recepcji dvd, zimne piwo, chińskie i europejskie smakołyki, spanie pod mila, gruba kołdra, bluza i nawet buty w chłodne wieczory…..


Poruszeni wyrzutami sumienia z nic-nierobienia wybraliśmy sie raz na popularna tutaj wycieczkę rowerowa po okolicy. Zabawa palcem po mapie (szczegolnie chińskiej) jest czesto bardzo kształcąca. Wymyśliliśmy, ze pojedziemy sobie polna droga wśród ryżu i małych, zapomianych wiosek z kolorowymi marketami aż do przystani, gdzie złapiemy prom z powrotem do Dali. Z porannego lenistwa wyjechalismy po południu, z zapasem czasu na te planowane 30 parę kilometrów. Zza chmur wyszło słonce, zrobiło się sympatycznie, droga szybkiego ruchu skończyła się zaraz za miastem, wjechalismy w zielone pola ryżowe, żyć nie umierać.


Po 3 godzinach wytężonej jazdy, na jak się okazało, wydających niepokojące dzwieki rowerach, bitej drodze, zmuszającej do chaotycznej ucieczki na pobocze przed pędzącymi i trąbiącymi ciężarówkami, ze spalonymi od slonca twarzami i rekami wyglądającymi teraz jak prosto z piekarnika, bliscy psycho-fizycznego wyczerpania, dotarliśmy do promu. Do promu, którego nie było, przynajmniej tego dnia. Bardzo śmieszne.
Nie pozostało nam nic innego jak wsiąść na nasze pojazdy i jechać z powrotem, modląc się po drodze żeby się nie rozpadły. Postanowiliśmy wracać poboczem drogi ekspresowej, tak będzie przecież szybciej. Faktycznie okazała się wyjątkowo ekscytująca. Mijanki autobusów z tirami, pedzace w tumanach kurzu ciężarówki wymijające jeszcze te autobusy, na poboczu pyrkające riksze, ludzie z grabiami i zaparkowane motocykle. Ostatnie 10 km przed Dali zamiast drogi ciągnęła się jedna wielka budowa, bez pobocza tudzież asfaltu.

Za to zobaczyliśmy dużo ryżu. Cale mnóstwo ryżu. I tyle.
Ta wesoła przygoda utwierdziła nas tylko w przekonaniu, ze w Dali nalezy wlasnie nic nie robic. Żadnych kormoranow, zadnych wycieczek w gory, zadnej jazdy do slawnego Lijangu, żadnych promow i przede wszystkim zadnych rowerow. I ryżu.
Jedyne na co sie jeszcze skusilismy, to wypad do zupelnie lokalnego, niedzielnego marketu w górskiej wiosce. Atrakcja dla nas ogromna, porównywalna tylko z tym jaka atrakcją dla tamtejszych ludzi bylo ogladanie śmiesznych „długonosych” wedrujacych wsrod ryczacych krow, pociągowych bawołów, chili i plastikowych klapkow.
Ale to juz zupelnie inna historia i najlepiej opowie sie zdjeciami.
Autor: ania&olo. Kategorie:
China .
25Lipiec2008
Tygodniowy pobyt w stolicy Państwa Środka był bardzo ciekawy i jeszcze bardziej męczący, głównie z powodu niezliczonych mas ludzkich oczywiście. Uznaliśmy wiec, ze należy się nam przerwa i zasłużony odpoczynek, najlepiej za górami, za lasami, z dala od zgiełku i natłoku ludzi.
Jak podaje Lonely Planet, małe, zagubione gdzieś w prowincji Hunan miasteczko Fenghuan, idealnie nadaje sie na urlopowy odpoczynek i chwile relaksu. Wiekowe, zabytkowe murowane domy wzdłuż krętej, leniwej rzeki. Wąskie uliczki z lokalnymi sprzedawcami suszonych ryb, ręcznie wyrabianej srebrnej biżuterii, egzotycznych owoców. Dawne miejskie mury bliskie rozsypki i drewniane, łukowate mosty nad woda. Ciche knajpki i pustawe kawiarnie. Takie przynajmniej snuliśmy myśli w trakcie 30 godzinnej podroży pociagowo-autobusowej z Pekinu.


Na miejscu pierwszym problemem taktycznym okazało sie wyjście z autobusu, kiedy my chcieliśmy wychodzić tłum histerycznych, rozwrzeszczanych Chinek w średnim wieku wpychał sie do środka wymachując ulotkami hoteli i guesthousow ( jeden z nielicznych momentów w Chinach gdy bardzo nam milo, ze nic nie rozumiemy po mandaryńsku…). Kiedy ocierając pot z czoła zmykaliśmy z dworca walka o klienta w autobusie trwała jeszcze w najlepsze. Na głównym placu (ktorego nie ma na mapie w przewodniku) przed ekskluzywnym hotelem (którego na tej mapie również brak) trwał właśnie energiczny aerobik dla kilkudziesięciu pań w rytm chińskiego, ryczącego popu.
Tuz za rogiem rozpoczynał się długi wakacyjny deptak wypchany po brzegi chińskimi turystami. Urlopowicze kupujący fabryczne pamiątki od setek pan ubranych w niby lokalne stroje, uszyte zapewne tez w jakiejś fabryce daleko stad. Grupy żeńskich turystycznych naganiaczek z mapami, zdjęciami lodek i „dzikich plemion” z okolicy, gdaczące nam bez przerwy do ucha. Panowie sprzedający watę cukrowa, lody o smaku zielonego groszku, piklowane kurze łapki. Male dzieci z naręczami papierowych kwiatków, statków, serduszek do puszczania w mętnej wodzie. Chodniki pełne stoisk z owocami, dymiących rybnych i mięsnych grillów, stolików lepkich od rozlanego piwa i resztek makaronu. Góry śmieci, podejrzane bure kałuże pod stopami. Muzyczny hałas, błyszczące drogie samochody napierające na ludzka masę z rykiem klaksonów, pokrzykiwania, nawoływania, przepychanki….Krupówki lub sopockie molo w szczycie sezonu wydaja się przy tym oaza spokoju i wytchnienia.
Marzenia o leniwych porankach przy kawie, powolnych spacerach z aparatem i długich, piwnych wieczorach prysnęły nam jak banka mydlana. No możne z wyjątkiem tych piwnych wieczorów, bez tego trudno byłoby zasnąć z miażdżącym uszy, fałszującym, chińskim karaoke za oknem naszego pokoju.
Po uroczym dwudniowym wypoczynku w tym przemiłym i relaksującym mieście, które oczywiście bardzo polecamy, z ulga wsiedliśmy do autobusu. Byle dalej stad.


Autor: ania&olo. Kategorie:
China .
22Lipiec2008
OBRAZEK SZÓSTY, OLIMPIADA.
Niezdrowe olimpijskie podniecenie opanowało cale Chiny. W telewizji mądre głowy prowadza ważkie olimpijskie debaty. Banery w olimpijskich i chińskich barwach z gwiazdami sportu, głównie chińskiego, dumnie łopoczą na wietrze. Pod numerem takim a takim można nawet wykupić przestrzeń reklamowa w mającej wychodzić od sierpnia specjalnej olimpijskiej gazecie. Na sklepowych polkach straszą stada olimpijskich maskotek i innych kiczowatych gadżetów. Rzesze chińskich turystów z bliska i daleka tłoczą sie pod ogrodzonym i ściśle strzeżonym stadionem olimpijskim w kształcie ptasiego gniazda, każdy musi mieć tam zdjęcie, choćby tylko z płotem.
Wszyscy tu myślą, mówią i śnią o Olimpiadzie. Z tym, ze niektórzy śnią prawdziwe koszmary.



Pekin marzy o tym, żeby pokazać sie światu i wychodzi z siebie, aby ten wizerunek przerósł oczekiwania olimpijskich kibiców na miejscu i przed ekranami telewizorów na całym świecie.
Na zakurzonych deptakach co dzień rozwijane są dywany przywiezionych z daleka soczystych trawników i zasadzane są kilkumetrowe liściaste drzewa, sprytnie udające, ze rosły tu od zawsze. Wokół centrum wyburzane są cale hutongi, a ich mieszkańcy przymusowo przesiedlani, z gruzu i pyłu sprawnie wrastają świeże, nowe, ładnie pomalowane niby-zabytkowe budynki. niewazne, ze przez plot kazdy chce zdjecie pod stadionem Ze skrzyżowań i ruchliwych alei zniknęli juz dawno niezbędni tu naprawiacze rowerów i latacze dziur w dętkach, widać psuja krajobraz miasta. Kilka tygodni przed Olimpiada staną największe państwowe fabryki wokół Pekinu, powietrze będzie czyste i przejrzyste, nie wiadomo tylko co będą jeść robotnicy wysłani na bezpłatne urlopy.
Nieudolny kamuflaż szybko znika juz za rogiem, wystarczy przejść kilka ulic dalej od centrum, żeby zobaczyć prawdziwa twarz stolicy. Śmieci, brud, zardzewiałe rowery, dzieci w jedynych butach, gazety zamiast szyb w oknie, dziurawe koszule i smutne twarze biednych, ciężko pracujących ludzi.
Tutaj przypomina mi sie dowcipny komentarz jakiegoś grafficiarza na murze dworca PKP w Zakopanem, kiedy to miasto kandydowało do Zimowych Igrzysk 2006- do dumnych olimpiskich flag dopisal- „Zakopane 3006″. Rzeczywiście, Beijing 3008 brzmi lepiej, przyjaźniej, bardziej zrozumiale i po ludzku. Mam nadzieje.

OBRAZEK SIÓDMY, SAMBASIA.
Ostatni wieczór w stolicy Chin. Francuzka Maud, którą poznaliśmy na kursie nurkowym w Malezji, mieszka w Pekinie od 4 lat i dziś zaprasza nas do klubu z prawdziwego zdarzenia. Drogie piwo w małych butelkach, spocony tłum w dusznej sali, gesty dym papierosowy, na parkiecie przed scena szaleje parę młodych Chinek z gołym brzuchem i w kusych mini ledwo zakrywających figi. A na scenie atrakcja dzisiejszego wieczoru i prawdziwy unikat, zespól Sambasia. Wybuchowa mieszanka mandaryńskich genów, chińskich palców rytmicznie uderzających w rożnej wielkości bębny i gorącej brazylijskiej muzyki.
Jest coś fascynującego i przyjemnego w oglądaniu niskiego „dyrygenta” zespołu o południowej karnacji i azjatyckich oczach z nieodłącznym gwizdkiem w ustach albo rodowitego „pekińczyka” z długimi dredami i ciałem w bębniącym transie. Tu i teraz, choć ciągle przecież w Chinach, wydaje nam się ze ten świat jest naprawdę mały.


Autor: ania&olo. Kategorie:
China .
18Lipiec2008
OBRAZEK PIATY, POLITYKA JEDNEGO DZIECKA.
O tym, ze Chińczyków dużo jest na świecie wie każde dziecko, a te dzieci, które lubią ciekawostki wiedza tez, ze co piaty mieszkaniec naszej planety pochodzi z Chin. Potwierdzamy, to nie plotki, jest ich naprawdę mnóstwo.
W tłumie Chińczyków przepychamy sie na stacji metra i podróżujemy z twarzą rozpłaszczoną na szybie autobusu. Stoimy w niekończących sie kolejkach do kasy biletowej na dworcach. Rozpychamy sie łokciami na przejściach dla pieszych, naciskając co sil, żeby zdążyć na druga stronę zanim zgaśnie zielone światło. Głodni i zmęczeni uginając sie pod ciężką taca rozpaczliwie poszukujemy kawałka stolika i kawałka ławki w zapchanych chińskich barach szybkiej obsługi. Z wysiłkiem manewrujemy pedałując wśród niezliczonej rzeszy rowerów, autobusów i samochodów. Ale przede wszystkim w tłumie zwiedzamy.
Wycieczki Chińczyków wyglądają jak zorganizowane zakładowe wyprawy. Przemieszczają sie w zwartej grupie, na czele pani przewodnik z nieodłącznymi atrybutami- kolorowa, rozpoznawcza chorągiewką i ryczącym megafonem, który gwarantuje, ze każdą z opowieści usłyszą i ci na końcu wycieczki i wszyscy w promieniu 500 metrów. Czy to w Zakazanym Mieście, czy w Letnim Pałacu, czy w tybetańskiej świątyni, coraz to nowa i niespodziewana fala dziarskich wycieczek maszerujących we wszystkich kierunkach znosi nas z zabytkowych schodów, zmiata z bogato rzeźbionych posadzek, przygważdża do historycznych murów. W chwilach krótkiego rozprężenia grupy rozpraszają się, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na tle innych rozproszonych Chińczyków i majaczących gdzieś w kadrze fragmentów zabytków.
Zmęczeni maratonem zwiedzania ratują się krotka drzemka, żeby po chwili dzielnie ruszyć znowu. Nam świdrujący ból głowy nie znika i po drzemce, na zwiedzanie Wielkiego Muru wyprawiamy sie 70 km za Pekin. Uff.


W końcu lat 70-tych, kiedy liczba mieszkańców Chin przekroczyła magiczny miliard, Partia Komunistyczna wprowadziła głośną „politykę jednego dziecka” obowiązująca do dziś. Prawo, z małymi wyjątkami rygorystycznie zabrania posiadania więcej niż jednego potomka, pod groźbą dotkliwych kar dla rodziców, odmowy darmowej opieki zdrowotnej i edukacji następnym dzieciom. Stad w dzisiejszej ChRL 100 milionów jedynaków, rozpieszczonych „małych cesarzy”. Stad masowe łamanie praw człowieka- przymusowe aborcje, sterylizacje, niszczenie mienia i znęcanie sie nad tymi którzy ośmielili sie spłodzić więcej niż jedno dziecko. Z tego powodu także w przyszłym pokoleniu blisko 25 milionów chińskich młodzieńców nie znajdzie zony- w oczekiwaniu na wymarzonego męskiego potomka szczególnie biedniejsi usuwają „żeńskie” ciąże i porzucają dziewczynki.
Okrutne i nieludzkie regulacje w przeludnionym państwie, które czeka na logiczna i cywilizowana politykę kontroli urodzeń, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, za to ogrom cierpienia zwykłym ludziom. Ale to kwestia, która nikogo specjalnie nie interesuje w komunistycznych Chinach.

Autor: ania&olo. Kategorie:
China .
12Lipiec2008
OBRAZEK TRZECI, FLEGMA I TAKIE TAM.
Różnice kulturowo-obyczajowe miedzy nami a mieszkańcami Państwa Środka są niezaprzeczalnie duże.
Już od rana, czy to w pociągu, czy na ulicy, czy tez wreszcie przy śniadaniu towarzyszy nam głośne chińskie spluwanie poprzedzone jeszcze bardziej gromkim chrząkaniem i odkrztuszaniem dochodzącym gdzieś z głębi trzewi. Takie zdrowotne oczyszczanie trwa od świtu do zmroku nawet tu w Pekinie, gdzie wyraźny odgórny nakaz Partii zabrania plucia przed olimpiada. Charczą wiec gęsta flegma wieloletni palacze. Potężnie i zadziwiająco donośnie odkrztuszają drobne, eleganckie Chinki. Niezgrabnie jeszcze spluwają dzieci ze śliną spływającą po małych brodach, daleko i z duma odcharkują nastolatki. Ślina lata w powietrzu i zalega na wszystkich chodnikach. Lepiej uważnie patrzeć pod nogi żeby nie wpaść w poślizg.


Jedzenie chińszczyzny wśród Chińczyków wymaga również nieco cierpliwości i to nie z powodu pałeczek bynajmniej. Nie wiadomo z jakiej przyczyny, ale wszyscy dookoła z zapałem siorbią swoje długie makarony ze swoich misek z zupa, tak dużych ze można by tam swobodnie wsadzić głowę. Wszystko to musi byc okraszone donośnym mlaskaniem. Bon apetit!!
Przy stole z chińską zupa, w metrze i na ulicy toczą sie żywe rodaków rozmowy, tak natarczywie głośne, ze często sami nie wiemy czy to juz kłótnia i lepiej zmykać, czy to ciągle jeszcze przyjacielska pogawędka. Dochodzimy do wniosku, ze po prostu mandaryński ślimak inny jest niż polski i lubi głośne dźwięki. Takie chińskie ucho.
Do ciekawych doświadczeń z dziedziny szok kulturowy należy niewątpliwie wizyta w publicznej toalecie. Ubikacja jak ubikacja, azjatycka wykafelkowana dziura w podłodze wymuszająca znajoma kucająca pozycje, jedno tylko inne niż gdziekolwiek indziej- brakuje drzwi i można sikać patrząc w oczy innej sikającej pani z naprzeciwka. Chińskim damom to nie przeszkadza i niektóre żeby nie marnować czasu rozmawiają nawet przez telefon komórkowy. Ja tymczasem zamykam oczy.
OBRAZEK CZWARTY, MAO.
Czwórka to dla Chińczyków liczba pechowa dużo bardziej niż dla nas trzynastka. Mandaryńskie cztery brzmi w tym języku tak samo jak „śmierć”. Dlatego nawet w nowoczesnym Hong Kongu budynki nie maja czwartego pietra ani mieszkania numer 4, nikt by go po prostu nie kupił.
Pojecie pecha czy nieszczęścia nie jest tu za to zupełnie związane z osoba wielkiego przywódcy i wyzwoliciela ludu- Mao Tse Tunga. Wizerunek byłego przewodniczącego o okrągłej, zamyślonej twarzy, dobrotliwych, ciemnych oczach i równym przedziałku na przerzedzonych, tłustych włosach zdobi nie tylko bramę przy wejściu do Zakazanego Miasta tuz przy niesławnym placu Tiananmen. Przerobiony na reklamowa ikonę, zwykle w czerwonych rewolucyjnych barwach, świetnie sprzedaje się na popielniczkach i pudelkach zapałek, torbach na ramie w kolorze wojskowej zieleni, koszulkach i kubkach. Kupują go chętne turyści z daleka i ci z Tajwanu i Hong Kongu, wreszcie i z samych Chin. Zapomnieli lub nie chcą pamiętać. O skutkach rewolucyjnego pomysłu Mao, reformie przemysłu zwanej \”wielkim skokiem wprzód\”, która doprowadziła do śmierci głodowej blisko 30 milionów Chińczyków. O rewolucji kulturalnej, która nie tylko skutecznie przetrzebiła szeregi inteligencji, zniszczyła dorobek narodowy, ale co gorsza zmusiła mieszkańców Chin do wiary w jedna tylko słuszną linie, jeden tylko tok myślenia. O izolacji tego ogromnego kraju w środku świata, która i dziś powoduje, ze nie rozumiemy Chin i ich nie znamy.
Na niektórych turystycznych kramach wydrukowane na kawałku płótna zdjęcie przewodniczącego powiewa tuz obok innego „wielkiego wodza” XX wieku- Stalina. Tam gdzie jego miejsce.



Autor: ania&olo. Kategorie:
China .