8Lipiec2008

Obrazki pekińskie

OBRAZEK PIERWSZY, HUTONG.

Wąskie i szersze, wybrukowane, czasem asfaltowe alejki, otoczone równymi, szarymi murami, które odgradzają domy i podwórka od ulicy i ciekawskich spojrzeń przechodniów. Biegnące ze wschodu na zachód i z północy na południe pocięły Pekin w żywą szachownice, symbol miasta. Hutongi, których nazwa znaczy z mongolskiego „źródło wody”, powstawały od XIII wieku skrupiając sie wokół studni na przyznanej przez cesarza ziemi, odpowiednio dla arystokratów bliżej Zakazanego Miasta w tzw. Mieście Wewnętrznym, a dla prostych rzemieślników dalej- w Mieście Zewnętrznym. Na ławce przed naszym hostelem siadamy co wieczór i jak najlepszy chiński film oglądamy życie hutongu.

Starsze kobiety, w luźnych strojach, maszerują w skupieniu wymachując ramionami i klaszcząc co jakiś czas w sobie tylko znanym rytmie chińskiej gimnastyki. Udręczeni właściciele wyprowadzają swoje czworonogi na spacer z obowiązkowym przed Olimpiada woreczkiem na nieczystości, pieski są małe i w większości strasznie brzydkie. Male, bo partia zabrania posiadania psów wyższych w kłębie. Gdzie nie spojrzeć relaksujący widok ludzi w piżamach, poziewują, wymieniają plotki z sąsiadami, wszyscy jak sie okazuje w drodze z lub do publicznej toalety, w XXI-wiecznym Pekinie nie wszędzie dotarły luksusy kanalizacji. Dorośli grają w chińskie szachy lub zagadkowa dla nas grę mahjong, na spracowanych drewnianych stoliczkach, spracowanymi, pomarszczonymi rekami i na pieniądze. Dzieci bawią sie głośno i jak wszędzie chyba na świecie byle czym i tam gdzie najbrudniej, te najmłodsze maja rozcięte spodnie z których bez wstydu wstają gole pośladki. Chiński sposób higienicznej nauki załatwiania swoich potrzeb wprost na chodniku, szybko i bez pieluch. Gorąca herbata sprzedawana na szklanki, w tak wielu odmianach, ze większość subtelnych różnic wyłapują tylko koneserskie chińskie nosy. Sklepy pełne kolorowych dziwnych owoców i jeszcze bardziej kolorowych makaronowych zupek w kartonowych miskach. Jogurty w glinianych dzbanuszkach z papierowa pokrywka i gumka recepturka wyglądają jak nasze babcine konfitury, a smakują pysznie i orzeźwiająco, jak posłodzony, zimny kefir. Zawieszone nad oknami czerwone, okrągłe i kiczowate w dziennym świetle lampiony, nocą pogłębiają tajemnicza atmosferę uliczek. Wielostronny, chaotyczny ruch rowerów, z przyczepkami, koszykami i pasażerami torują sobie drogę hałaśliwym dzwonieniem.
Przeskakują klatki, zamieniają sie ujęcia i twarze tej sąsiedzkiej telenoweli, a my z innymi „długonosymi” przykuci do naszej ławki, patrzymy jak zaczarowani na to miasto w mieście.

OBRAZEK DRUGI, ROWERY.

Katie Mehlua śpiewa w swojej znanej, melancholijnej piosence o 9 milionach rowerów w Pekinie. Na pierwszy rzut oka wydaje sie, ze jest ich jeszcze więcej, na drugi- ze każdy Chińczyk, który na tyle odrósł juz od ziemi, ze sięga do pedałów wskakuje na rower. Na rowerze jada do pracy panie w ładnych sukienkach i sandałkach na małym obcasie. Jada panowie w przydługich, wyświechtanych marynarkach, przypominających smutne, granatowe okrycia w które za czasów Mao ubrany był niemal cały naród. Śmigają szybko młodzi ze słuchawkami na uszach, dostojnie i powoli pedałują starsze juz damy w słomkowych kapeluszach, z torba na zakupy. Bezszelestnie suną nowoczesne motorki elektryczne pulchnych właścicieli z grubszym portfelem. Co jakiś czas widać „długonosego” obcokrajowca, który tak jak i my z wypiekami na twarzy i wyraźnym podnieceniem w oczach z zapałem naciska na pedały. W stolicy ulice są szerokie i gładkie, swobodnie mieści sie kilka pasów dla zmotoryzowanych i hojnie wykrojona ścieżka dla rowerów, tak wygodna, ze bez problemu mogłyby tu jechać obok siebie dwa autobusy. Problem w tym ze często jada, do i z przystanku, nie za bardzo wzruszone rowerzystami. Podobnie na skrzyżowaniach panuje, o dziwo raczej bezkolizyjna, wolna amerykanka. Zielone światło dla rowerów to jednocześnie sygnał do jazdy dla samochodów skręcających z prostopadłej ulicy…
Z obserwacji doświadczonych mieszańców Pekinu uczymy sie, ze należy szybko, bardzo szybko pedałować i dużo, bardzo dużo brzdękać dzwonkiem. Raczej nikt sie tym dzwonieniem nie przejmuje, a juz na pewno nie autobusy, ale jak świetne rozładowuje frustracje!!!

Autor: ania&olo. Kategorie: China .

0 

4Lipiec2008

Hong Kong International

Hong Kong, ktory znamy z pocztowek, zdjec i filmow z niepokonanym mistrzem wschodnich sztuk walki Jackiem Chanem wciaga nas od pierwszego wejrzenia. Legendarne miasto-panstwo, brytyjska wyspa w chinskim morzu. Jego pokrecona historia usprawiedliwia chyba wszelkie sprzecznosci klebiace sie tu na ulicach.
Niewielkie terytorium angielskie powstalo tu w pierwszej polowie XIX wieku, na koncu swiata, na ziemiach nalezacych do dumnego Imperium Chinskiego. Nie byloby Hong Kongu gdyby nie slabosc Chinczykow do opium i desperacja Brytyjczykow w jego sprzedawaniu za srebro. Delegalizacja handlu narkotykiem pod grozba kary smierci wprowadzona przez Cesarza Daoguang stala sie pretekstem do wybuchu pierwszej tzw. wojny opiumowej. Wojny tak naprawde o poszerzenie handlu i wplywow zachodnich poza odizolowany od reszty imperium poludniowy Kanton. Po przegranych kolejnych wojnach miedzy Chinami a Wielka Brytania cesarzowi nie pozostalo nic innego jak pozwolic Anglikom na zalozenie tu swojej kolejnej zamorskiej kolonii. Ponizajace powojenne traktaty wygasly zaledwie 11 lat temu, kiedy, 1 lipca 1997 z wielka pompa Hong Kong wrocil do Chin. Wrocil, w tak znieksztalconej formie, ze chyba nawet smutna rzeczywistosc ChRL nie zmieni jego hybrydowego, chinsko-europejskiego smaku.

Miasto mrugających neonów i błyszczących reklam. Szybkich, gładkich wielopasmowek i równych chodników. Miejski moloch, w ktorym okreslenie „drapacze chmur” nabiera nowego, prawdziwego sensu. Krajobraz szarych, oszklonych wiezowcow wyglada jak z filmow sci-fiction, jak gigantyczna kartonowa makieta wybudowana dla rownie nierzeczywistych plastikowych ludzi i ich wirtualnych tranzakcji liczonych w miliardach dolarow. Pełne eleganckich kobiet w sukienkach z tegorocznej kolekcji i zabieganych biznesmenów z teczka, w wyprasowanych garniturach i wypolerowanych skórzanych butach. Krazymy z zadarta w niebo glowa, miedzy ulicznymi straganami z kiczowata porcelana, koszulkami i pamiatkami „made in China” a ekskluzywnymi, markowymi sklepami DKNY, Dolce&Gabbana, Versace…

Na betonie i ladnych trawnikach, tuz pod imponujacym budynkiem brytyjskiego banku, na kartonach, gazetach i piknikowych kocykach rozsiadl sie tlum Filipino. Spiewaja, graja w karty, plotkuja, smieca i wcinaja ze smakiem swoj bialy ryz z oscista ryba. Jest niedziela, jedyny ich wolny dzien w tygodniu, wolny od pracy w kuchniach, od sprzatania, od marudzenia podopiecznych dzieciakow i pchania wozkow, starszych, bogatych Chinczykow. Na drewnianym podium po drugiej stronie ulicy starszy dzentelmen z wypiekami na twarzy krzyczy do mikrofonu „Stop torture now!!”, zebrana dookola gawiedz powtarza i klaszcze glosno, ktos rozdaje ulotki z Miedzynarodowego Dnia Przeciw Torturom. W powietrzu zapach curry z indyjskiej knajpy, parujace polmiski chinskiej zupy wonton na stolikach, eleganckie wnetrza europejskich restauracji. A my? Rano z cieknaca slinka buszujemy w obszernym supermarkecie, gdzie wierzcie lub nie szynka i chleb smakuja jak w Polsce!!

To co na dlugo zostanie nam w glowach, to widok z balkonu na 71 pietrze apartamentowca tuz nad zatoka, gdzie spedzamy dlugie az do switu noce. Miedzynarodowy przeplyw mysli przy chinskim piwie Tsingtao i zimnej wodce w polskim stylu. Niemiecka para w drodze powrotnej z 8-miesiecznego pobytu w Nowej Zelandii, mieszkali w wynajetym wagonie pociagu, pracowali na farmach i w hotelach, tesknia za rodzina i bratwurstem. Dwie dziewczyny z okolic Tel Awiwu, juz 4 miesiace w drodze, po obowiazkowych 3 latach w izraelskiej armii wyjechaly odkrywac Azje, podobno tak robi wiekszosc mlodych w Izraelu. Brytyjczyk z mocna glowa, w czasie dwutygodniowego pobytu Hong Kong nie byl dla niego laskawy, biegunka podroznych i ulewne deszcze, pierwsza podroz, ale juz widac ze nie ostatnia. Nasz gospodarz- chinczyk z HK po studiach w Anglii, lubi Krakow i gotuje nam wszystkim prawdziwy polski gulasz, kiedys bedzie pracowac dla ONZ, teraz planuje wolontariat w Chinach. Jego koledzy z okolicy, mikrobiolog wyksztalcony w USA, irytuje go amerykanska armia w Iraku, ale jak przyznaje nie interesuje sie polityka komunistycznych Chin. I smutny, drobny Chinczyk, nie chce tu mieszkac, pociagaja go podroze, dalekie kraje i… nie wie gdzie na mapie swiata lezy Tybet.
Marzenia, plany, azjatyckie przygody, czy mozna nie golic nog na wyprawie i jak szybko da sie jesc ryz paleczkami , swiat, ktory gdzies tam kazdy z nas zostawil zeby wyjechac, to co dla nas wazne i co nie, czego tu wlasciwie szukamy i po co.
Smieszne i uderzajace jak bardzo jestesmy do siebie podobni.

Autor: ania&olo. Kategorie: Hong Kong .

0 

2Lipiec2008

Macau inaczej

Czekal na nas juz na lotnisku. Nic nie mowilismy, bo wystarczylo jedno dwustronne spojrzenie, aby sie domyslic, ze my to „my” a on to „on”. Pewodem tego pewnie tez bylo, ze bylismy jedynymi bialymi wychodzacymi z korytarza „przyloty”.Czarne, sportowe BMW do tego cabriolet, stalo zaparkowane nie na prakingu obok lotniska , a na podjezdzie tylko da szybko wysiadajacych i wsiadajacych pasazerow. Szybko, sprawnie i juz bylismy na wielopasmowej drodze otoczeni wysokimi budynkami z mnostwem migajacych swiatel. Na pytanie jak zyje sie Anglikowi w takim miejscu jak Macau, odpowiedzial „Nudno…cholernie nudno”.

Wayne mieszka sam, na ostanim pietrze jednego z najwyzszych budynkow Macau z widokiem , ktory pewnie kosztuje go niemala sume lokalnej waluty czyli pataki. Nie ma zony, ani dziewczyny jednak obok telewizora i kolekcji filmow DVD stoi zdjecie malego usmiechnietego chlopca z lekko ryzawymi wlosami, jest podobny do Wayna, to jego syn. Bedac jeszcze w Angli pytany gdzie chce mieszkac, odowiadal zawsze.. w Londynie, jak kazdy mlody czlowiek lubil duze miasta ,kluby, szybkie zycie. Dopiero znajoma, ktora spotkal w pubie mieszkajaca juz od jakiegos czasu w brytyjskiej koloni opowiedziala mu o miejscu, o miescie , ktore ma jeszcze wiekszy ogolnoswiatowy miejski „flow” czyli ped..Hong Kong.

Wayne mieszkal przez dziewiec miesiecy w najtanszej, lekko obskurnej noclegowni w jednym pokoju z jeszcza piatka innych osob ktore trudno uwierzyc ale tak jak on nie przyjechaly do Hong Kongu na krotka chwile tylko zwiedzac ale zostac tam mieszkac, zyc..Minelo 14 lat Wayne zmienil miejsce juz zamieszkania, dzis zyje ,pracuje, i pracuje w Macau. Pracuje bo jego ostatni wolny dzien byl ponad rok temu. Chodzi spac niemal o swicie, ale ma czas by goscic ludzi z calego swiata ktorzy chca zoabczyc Macau.Nam tez sie udalo nie tylko zanocowac w luksusowych warunkach bez oplaty ale byc jego gosciem choc przez chwile.
Podrozowanie oprocz tych wszystkich pieknych miejsc,budynkow,krajobrazow i innych wrazen daje mozliwosc poznawania ludzi. To czesto nawet wiecej niz a to co widzimy naszymi oczami..

A Macau..Portugalska przeszlosc wraz z zabudowa, kosciolami a nawet jedzeniem osadzone w Chinach, daje prawdziwy kociol.jednak naprawde Macau to azjatyckie Las Vegas, legalny hazard, najwieksze na swiecie kasyno, mnostwo sklepow jubilerskich ale nie po to by sprzedawac zloto i szlachetne kamienie ale by je kupowac od szukajacych juz ostaniej szansy w ruletce czy black jack’u..

Autor: ania&olo. Kategorie: Macau .

0 

28Czerwiec2008

Chinskie rozterki w Manili

Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Manili jest dobrze zakamuflowana, na tyle dobrze, ze większość taksówkarzy wzrusza ramionami, marszczy czoło albo po prostu zamyka drzwi i odjeżdża nam z przed nosa gdy pokazujemy im kartkę z adresem. Krążenie wokół właściwego budynku najpierw taksówką a później na piechotę zajmuje nam prawie godzinę, żaden problem jak sie wydaje, ambasada czynna jest dopiero od kilku minut.

Przed okienkami (w liczbie 3) rozpatrującymi wnioski wizowe na krzesłach rozsiadł sie wygodnie i cierpliwie tłum Filipino (w liczbie bliskiej sto). Każdy ściska w ręce magiczny numerek do kolejki, który wydaje mało sympatyczna pani przy samym wejściu. Na naszym tłuste, czarne cyferki mówią wyraźnie: 586. Szybkość przetwarzania jest iście komunistyczna, około 20 na godzinę. Ambasada pracuje również w czasie odpowiednim dla ludu, to jest od 9 do 11 i ani minuty dłużej. Po 10 porzucamy wszelka nadzieje.

Przy wyjściu z pomieszczenia na dłuższą chwila przykuwa nasza uwagę kilka kolorowych tablic, obszerne opisy, wycinki z gazet, masa zdjęć. Chiński glos w sprawie tybetańskiego powstania w Lhasie, w marcu tego roku. Według chińskich władz wywołane przez „klikę Dalai Lamy”, zniekształcone następnie przez opinie i media Zachodu, jak wynika czarno na białym z przedstawionych tu dowodów było chuligańskimi rozruchami w których szkody ponieśli jedynie zamieszkujący stolice

Tybetu etniczni Chińczycy. O stu ofiarach tybetańskich ani słowa. Propaganda kuje w oczy, zimnowojenna retoryka huczy w uszach, ze złości tętni nam w głowach. Mamy dość, nie chcemy żadnej wizy. Wieczorem jednak nie bez oporu dochodzimy do wniosku, ze może jednak warto. Może właśnie teraz, przed olimpiada, trzeba zobaczyć kim właściwie RSA Chińczycy, piata część ziemskiej populacji?? Jak na co dzień wygląda ten dziwny, zupełnie niezrozumiały dla nas naród?? Na drugi dzień, tym razem juz sprytniej, jesteśmy w ambasadzie na czas. Niepokojąco wygląda tylko wyświetlane z telewizora przypomnienie- żeby uzyskać wizę należy przedstawić oprócz paszportu także rezerwacje hotelu w Chinach i potwierdzenie biletu lotniczego. Co tam, jakoś załatwimy bez. Okazuje sie jednak, ze „jakoś” może i funkcjonuje w Polsce ale juz nie w ChRL…od okienka odchodzimy z niczym.

Dzień trzeci pachnie juz rutyna. W ambasadzie ochrona wita nas jak dobrych znajomych, po półgodzinnym czekaniu i złożeniu WSZYSTKICH potrzebnych dokumentów oddychamy z ulga. Żegnają nas zazdrosne spojrzenia pojedynczych białych turystów, kolorowe dziwolągi- maskotki z igrzysk Pekin 2008 wielkości tłustego nastolatka i obrazki z zadymionej i zniszczonej Lhasy. Jedziemy do Państwa Środka.

PS. Wiza chińska dla Polaków przez bardzo długi czas była bezpłatna, z racji jak myślę, bratnich komunistycznych przeżyć. W zawiązku z olimpiada w marcu 2008 za wizę jednokrotnego wjazdu wprowadzono opłatę dla obywateli polskich w wysokości 200 złotych. Do Manili wieści te nie dotarły i wizę dostaliśmy za darmo;)


Autor: ania&olo. Kategorie: Philippines .

0 

24Czerwiec2008

Batad

Rzeskie powietrze w Banaue, malym miasteczku w masywie filipinskich Kordelierów, oszalamia nas po smogu Manili. Pierwsza noc spimy dobrych 15 godzin, pod grubym kocem, pijani gorska temperatura. Dookola zielono, zielono, zielono…Okoliczne gory i pagorki sluza juz od 2000 lat tubylczym plemionom Ifugao do sadzenia ryzu. Z daleka tarasy ryzowe wygladaja jak sloje starego drzewa albo nierowne warstwy polskiego sekacza, jedne z tych dziwnych, antycznych dziel czlowieka, ktore wygladaja tak nierzeczywiscie, ze sklonni jestesmy przypuszczac ze stworzyla je jakas wyzej rozwinieta cywilizacja pozaziemska. Nic wiec dziwnego, ze Filipino z nieukrywana duma uwazaja te tarasy za osmy cud swiata.
Droga do Batad, wioski oddalonej od Banaue o niespelna 12 km, gdzie tarasy sa podobno najpiekniejsze, zajmuje ponad poltorej godziny. Nasze naiwne pytanie pod tytulem, dlaczego tak dlugo znajduje szybko bolesna odpowiedz. Tak zwana droga, polna, kamienista, z koleinami i niezmiennie pod gore, zostanie na dlugo zapamietana przez nasze posladki. Po drodze stajemy na krotki przystanek przy strumyku, kierowca dolewa lodowatej wody do chlodnicy…

Batad. Cofamy sie w czasie. Kilkanascie domow, kilka guesthousow, mala szkola, chude, wystraszone psiaki, ciekawskie dzieci, jeden mlodzieniec z gitara i miliony sadzonek ryzu. Widok z tarasu naszego hostelu uzaleznia i pochlania bez reszty. Wzrok udaje sie jedynie skutecznie skupic na czyms rownie pociagajacym, czyli obiadzie zlozonym z lodowatego San Miguela i jemenskiego (tak wlasnie, przepis prosto z Jemenu!!) placka z jajkiem i pomidorem. Po oblizaniu palcow ruszamy w poszukiwaniu wodospadu, pod ktorym podobno mozna sie zanurzyc i poplywac w gorskiej rzece. Kto by o tym nie marzyl, nie??

Droga biegnie gdzies pomiedzy wiejskimi chatkami i ryzem, gubimy sie bez przerwy, ale uparcie opieramy sie pokusie wynajecia tutejszego przewodnika. W Batad wydaje sie kazdy jest przewodnikiem wlasnie, jesli nie to proponuje masaz, albo zna kogos kto chetnie przyjdzie cie wymasowac, jesli dalej odmawiasz to moze kupisz wode? nie? a batonika? albo suvenir? Na koniec zawsze znajdzie sie jakies umorusane dziecko z wyciagnieta po cukierka reka. Cukierkow niestety nie mamy, rozdajemy przepraszajace usmiechy i po meczacym poznaniu polowy wioski znajdujemy wreszcie stroma sciezke do wodospadu.

Po kapieli w lodowatej wodzie, calym dniu chodzenia pod gore i z gorki i skakania przez pola ryzowe, kolejnym obfitym jemenskim posilku, kubku slodkiej whisky z jeszcze slodsza filipinska cola, z trzesacymi sie z wysilku lydkami kladziemy sie do lozka. Tu wypadaloby napisac: I zasypiamy jak dzieci. Ale nie bedziemy przeciez niepotrzebnie klamac. Dziwnym zbiegiem okolicznosci w naszym hostelu oprocz nas mieszka jeszcze spora grupa Filipino z okolicznych wiosek. Naleza do jednej z licznych tu chrzesciajnskich sekt i wlasnie swietuja rocznice powstania stowarzyszenia. Glosne spiewanie z gitara, przemowienia z energicznym klaskaniem audiencji, wreszcie wesola, niemal tanczona msza przeciagaja sie do poznej nocy. I z takim samym religijnym zapalem zaczynaja sie od switu. Jak juz wspomnialam, naprawde lubimy Filipinos, dlatego rano nie pozostaje nam nic innego jak szeroko sie usmiechac z zapuchnietymi powiekami;)

Autor: ania&olo. Kategorie: Philippines .

0 

Kalendarz

Styczeń 2012
P W Ś C P S N
« lip    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Ostatnie wpisy

Linki

Archiwum

Kraje